I LO w Ostrowie Wielkopolskim

im. ks. Jana Kompałły i Wojciecha Lipskiego

I Liceum Ogólnokształcące

Rok załołĽenia 1845

ul. Gimnazjalna 9
63-400 Ostrów Wielkopolski
tel. (62)736 62 91, (62)591 83 32
liceum@1liceum.edu.pl
1lo.ostrowwielkopolski@gmail.com

Venetia

Ogólnie

Opiekunem klubu jest profesor Marek Walczak


Sto lat!

Andrzej Kaczmarek (absolwent z 1967 roku)

W 2008 roku obchodzono 100-letnią rocznicę powstania uczniowskiego klubu sportowego "Venetia". Z całą pewnością ta okrągła rocznica była znakomitą okazją przybliżenia historii tego niewątpliwego fenomenu, jakim była "Venetia".

Polski "Sokół" i szwedzka gimnastyka.

Tak niebywale popularny obecnie sport do końca XIX wieku w życiu społeczeństw nie odgrywał właściwie żadnej większej roli. Pierwszą jaskółką zmian w Polsce było powstanie w 1866 roku Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół". Było ono wzorowane na powstałym nieco wcześniej Towarzystwie czeskim, a pierwsze koło powstało we Lwowie, w zaborze austriackim. Ruch sokoli bardzo szybko rozprzestrzenił się po terenach dawnej Polski, chociaż w zaborze pruskim szło to dość opornie ze względu na mocno nieprzychylny stosunek władz.

W założeniach "Sokół" miał rozwijać tężyznę fizyczną i zdrowy styl życia poprzez np. uprawianie coraz bardziej popularnej "gimnastyki szwedzkiej". W rzeczywistości był on szkołą przygotowującą Polaków do wystąpień zbrojnych przeciwko zaborcom.

A jak wyglądało sportowe życie w ówczesnych szkołach?

Życie sportowe i towarzyskie.

W programach szkolnych na przełomie XIX i XX wieku figurowały już, przynajmniej w szkołach średnich, dwie godziny gimnastyki tygodniowo, ale traktowane były przez władze oświatowe jak piąte koło u wozu. Prowadzili je najczęściej nauczyciele bez żadnego przygotowania teoretycznego i praktycznego, w ten sposób dopełniający swoje pensum dydaktyczne. W ostrowskim gimnazjum najczęściej robił to tzw. nauczyciel pomocniczy (Hilfslehrer) nauczający także śpiewu i rysunków. Dla dyrekcji szkoły był on o tyle pożyteczny, że jako siła niefachowa brał niższą pensję. Zdarzało się i tak, że gimnastykę prowadził np. nauczyciel języków nowożytnych!

Siłą rzeczy więc zajęcia te wyglądały najczęściej tak, jak potrafili je zorganizować sobie sami uczniowie.

Zimą gimnastyka najczęściej odbywała się w sali gimnastycznej. Nie dotrwała ona niestety do naszych czasów. Pod sam koniec II wojny światowej spalili ją żołnierze Armii Czerwonej, Bóg jeden wie, dlaczego. Słyszałem i takie opinie, że w ten sposób puszczono z dymem dowody ogromnych machlojek, jako że mieściły się w niej magazyny przeróżnych a poszukiwanych dóbr.

A sala była, jak na tamte czasy, niezwykle nowoczesna, wyposażona w liczne przyrządy do uprawiania gimnastyki. Funkcje demonstrujących pełnili jak umieli najbardziej sprawni i doświadczeni uczniowie, bo przecież nie laicy - nauczyciele. Na służącym do przechadzek rekreacyjnych podczas przerw placyku ćwiczono skoki w dal, wzwyż i o tyczce.

Wiosną i jesienią wszyscy wychodzili na tzw. Majdan. Mieścił się on wówczas daleko za miastem, pomiędzy koszarami przy ulicy Kościuszki a torami kolejowymi. Miasto kończyło się tam, gdzie obecnie stoi gmach II Liceum, a Stary Cmentarz był już za miastem. Nie było jeszcze gmachu Banku Narodowego, szkoły Estkowskiego, mleczarni, fabryki Wagon.

Piaszczystą, a jesienią błotnistą drogą młodzież z radością maszerowała na Majdan, gdzie mogła się wybiegać do woli. Próbowano grać w piłkę nożną, ale jako że nikt nie znał dobrze jej zasad, była to raczej bezładna, choć niebywale zacięta, kopanina.

Zimą młodzież uprawiała łyżwiarstwo. Jako że zimy były wtedy jeszcze prawdziwe, a stawów w okolicach miasta nie brakowało, było kiedy i gdzie doskonalić umiejętności holendrowania. Pewną obyczajową sensacją było figurowe łyżwowanie w parach mieszanych.

Sporym zainteresowaniem cieszyła się nauka fechtunku i zapasów, uprawiana po stancjach czy mieszkaniach gimnazjalistów.

Niezwykłym świętem były coroczne wycieczki na majówki. Do lasu na Szczygliczce maszerowało całe gimnazjum, ze sztandarem, orkiestrą i gronem pedagogicznym. Tam, na łonie natury, odbywały się zawody i pokazy gimnastyczne, a zwycięzcy otrzymywali dębowe wieńce i drobne nagrody.

I tak mniej więcej wyglądało sportowe życie aż do roku 1908, roku powstania Gimnazjalnego Klubu Sportowego "Venetia".

W granatowo - żółtych barwach.

Właściwie od początków istnienia Gimnazjum na terenie każdej klasy działały nielegalne kółka samokształceniowe, których celem było poznawanie historii własnego narodu, języka i literatury ojczystej. W roku 1891 zespoliły się one w jedną organizację, która przybrała nazwę Towarzystwo Tomasza Zana. Działało ono we współpracy z podobnymi kołami w innych szkołach i władzami naczelnymi w Poznaniu.

TTZ cieszyło się wielkim autorytetem wśród polskich uczniów i bez jego wiedzy i przyzwolenia na terenie szkoły nic nie mogło się wydarzyć. Nie inaczej było, kiedy w 1908 roku uczniowie postanowili założyć szkolny klub sportowy. Głównym inicjatorem był uczeń sekundy w gimnazjum kępińskim - Wacław Konarski, który właśnie przeniósł się do Ostrowa.

W Kępnie i w Krotoszynie działały już niemieckie kluby uczniowskie, w których uprawiano footbal według nowoczesnych reguł, a sam Konarski był świetnym napastnikiem.

Na zebraniu organizacyjnym przyjęto około 30 członków w wieku od 15 do nawet 22 lat. Wyjaśnienie tak zaawansowanego wieku niektórych uczniów Gimnazjum było proste - szkoła miała wówczas 9 klas i nie zawsze Polakom łatwo było przechodzić bezkolizyjnie z klasy do klasy. Najczęściej działo się tak z powodu niedostatecznej znajomości języka niemieckiego, będącego językiem wykładowym, ale także i szykan stosowanych przez niektórych niemieckich profesorów.

Od samego początku głównym założeniem było, iż będzie to klub zrzeszający tylko Polaków i działający w ścisłym kontakcie z TTZ. Ówczesny dyrektor szkoły, prof Klinke, dość niefrasobliwie zatwierdził w czerwcu 1908 roku statut, barwy i nazwę klubu - "Venetia".

Wybór takiej a nie innej nie był przypadkowy. Nie mogło być mowy o tym, aby zaproponować nazwę w rodzaju "Polonia", "Orzeł Biały" czy inną o wydźwięku oczywiście patriotycznym. Wtedy można by od razu porzucić marzenia o legalnej działalności. "Venetia" była nazwą neutralną, nawiązującą do podostrowskiej dzielnicy Wenecja.

To tam, w gospodzie weterana powstania styczniowego Wiegandta, zwanego "Papą", odbywali swoje tajne zebrania członkowie TTZ, odprawiano tajne akademie majowe, a później i zbiórki drużyn harcerskich.

Pisownia nazwy klubu konsekwentnie już musiała być łacińska i taka pozostała do dziś. Oficjalna i pełna jej nazwa brzmiała po niemiecku "Gymnasial - Fussball - Club". Jako barwy klubowe wybrano kombinację kościelną: żółto - niebieski koszulki w podłużne pasy i granatowe spodenki z żółtymi wypustkami. Oficjalny statut był taki, jaki w tych czasach być musiał. Mówił on, że członkami "Venetii" mogą być uczniowie Gimnazjum bez względu na narodowość. W praktyce był to klub czysto polski. Niemcy, pomimo, że było ich w tym czasie w szkole ponad 200, wcale się do niego nie garnęli, instynktownie czując, że nikt tam na nich nie czeka.

Gwoli ścisłości: "Venetia" nie była pierwszym klubem piłkarskim w zaborze pruskim. Wcześniej powstały niemieckie kluby w Katowicach, Poznaniu, Bytomiu, Gdańsku i nawet w Ostrowie. Ale to "Venetia" była pierwszym klubem polskim, i to nie tylko w zaborze pruskim, ale i w rosyjskim. Dopiero kilka lat po niej powstały, częściowo już nie istniejące, "Posnania", "Unia" i "Warta" w Poznaniu, "Ostrowia" w Ostrowie i "Stella" w Gnieźnie.

I tak to "Venetia" znalazła się, razem z "Pogonią" i "Czarnymi" ze Lwowa; "Cracovią" i "Wisłą" z Krakowa w pierwszej, pionierskiej piątce oficjalnego polskiego ruchu sportowego!

Trudne, ale błyskotliwe początki.

Jednym z warunków udzielenia zgody na działalność klubu przez dyrektora Gimnazjum, profesora Klinke, było zapewnienie, że będzie się w nim uprawiać nie tylko, uważaną wówczas za rozrywkę cokolwiek plebejską, piłkę nożna, ale i lekką atletykę, pływanie, tenis, gimnastykę, łyżwiarstwo. Z dotrzymaniem tej obietnicy było potem różnie, bo to piłka miała jednak dla wenecjuszy urok największy. Nadto dyrektor zastrzegł, że rozwiąże klub natychmiast, kiedy oceni, że sport odciąga uczniów od nauki i jest niebezpieczny dla ich zdrowia. I niewiele brakowało, aby się tak stało. Trzy lata później, podczas meczu z krotoszyńską drużyną "Preussen", w starciu podbramkowym złamał nogę jeden z zawodników z niemieckiego klubu, Polak zresztą. A gdy dyrektor szkoły z Krotoszyna doniósł jeszcze, że ostrowianie podczas meczu rozmawiali ze sobą po polsku, do rozwiązania "Venetii" było już tylko o włos. Udało się w końcu sprawę załagodzić i życie sportowe rozwijało się nadal. Trudności jednak nie brakowało. Koszty wyposażenia boiska i zakupu strojów dla zawodników były niebagatelne. Na szczęście bramki, chorągiewki, piłki i pierwsze kostiumy zakupił zamożny ojciec wenecjuszy, braci Ciążyńskich. Boisko przy Bismarckstrasse, czyli obecnej ulicy Kościuszki, należało do szkoły. Trzeba było tylko uzgodnić terminy korzystania z niego z adiutantem pruskiego pułku piechoty, który niekiedy odbywał tu swoje ćwiczenia.

Chętnych do gry w "Venetii" zgłosiło się tak wielu, że zabrakło dla nich klubowych strojów i piłek. Nie obyło się oczywiście bez sporów, kto ma grać w pierwszej drużynie. Najbardziej doświadczony piłkarz - Konarski - szybko jednak wybrał najlepszych na pierwszy oficjalny mecz. Ponieważ nie było jeszcze w okolicy drużyn polskich, zdecydowano się rozegrać spotkanie z miejscowym niemieckim "Turnverein", wzmocnionym kilkoma graczami z Berlina i Wrocławia. Spotkanie ze znacznie silniejszymi fizycznie i bardziej doświadczonymi zawodnikami mogło skończyć się tylko w jeden sposób. "Venetia" przegrała mecz 0:3, ale nauka nie poszła w las. Mecz rewanżowy wprawdzie również wygrała drużyna niemiecka, ale trzeci był już zwycięski dla "Venetii". W późniejszych spotkaniach przewaga polskiego klubu była już tak znaczna, że pod koniec roku 1911 drużyna niemiecka rakiem wycofała się z rywalizacji.

Groźniejszymi przeciwnikami okazały się drużyny niemieckie z Krotoszyna, Rawicza i Oleśnicy, z którymi "Venetia" rywalizowała ze zmiennym szczęściem.

Naturalnie, kiedy powstała "Ostrowia", stała się natychmiast naturalnym partnerem dla gimnazjalnej drużyny. Z polskimi drużynami z Poznania "Venetia", wskutek zakazu dyrektora, grać nie mogła. Zabroniono jej również przynależności do Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Aż do wybuchu I wojny światowej była "Venetia" prawdziwym postrachem dla sąsiednich drużyn piłkarskich. Sportowy sukces był więc pełny, gorzej z bilansem finansowym. Wprawdzie na mecze przychodziło nawet po kilkaset osób, ale z dobrowolnych datków rzadko starczało na pokrycie sporych kosztów działalności klubu. Na jakiekolwiek subwencje ze strony pruskiego państwa czy władz szkolnych próżno oczywiście było liczyć.

Oprócz piłki nożnej uprawiano i inne dyscypliny sportu. Pomimo braku bieżni i stoperów odbywały się zawody w biegach, skokach i rzutach. Gimnastycy ćwiczyli nie tylko w szkolnej sali sportowej, ale i w sali ćwiczeń "Sokoła", mieszczącej się w Domu Katolickim. Ponieważ ze szkolnego kortu tenisowego korzystali głównie Niemcy, wenecjusze ćwiczyli smecze i backhendy na Szczygliczce bądź na Krępie. Niemieccy uczniowie byli nieco lepsi w pływaniu, ale ustępowali Polakom w dźwiganiu ciężarów i zapasach.

Jak młodzież potrafiła połączyć uprawianie sportu z obowiązkami szkolnymi, działalnością w Towarzystwie Tomasza Zana, harcerstwie, przysposobieniu wojskowym, a starsi z rodzącym się życiem uczuciowym? Młodzieńczy zapał potrafił działać cuda, a niebagatelną rolę odgrywała z pewnością chęć udowodnienia Niemcom, że Polacy potrafią być lepsi.

I chociaż z szeregów "Venetii" nie wyszli mistrzowie olimpijscy, czy rekordziści świata, to przygotowała ona całe szeregi młodych ludzi zdobywających bez większych problemów dyplomy maturalne i wyższych uczelni, poznających polską historię i kulturę, a jednocześnie zdrowych i sprawnych fizycznie.

"Mała Venetia"

Nie sposób nie wspomnieć o epizodzie, zwanym "Małą Venetią", czyli przybudówce do "Venetii" właściwej. Skupiała ona uczniów, oczywiście tylko Polaków, z klas niższych i średnich Gimnazjum i była naturalnym zapleczem dla "Venetii". Ideowo te dwa kluby stanowiły jedną całość. Kiedy starsi zawodnicy, po zdaniu matury, opuszczali szeregi klubu, na ich miejsce wchodzili młodsi, już zaprawieni w sportowych bojach.

Początki "Małej Venetii" to rok 1909 lub 1910. Na Majdanie trenowali piłkarze "Venetii", a przyglądali się im i naśladowali młodsi o lat kilka koledzy. Dla nich naturalnym przeciwnikiem była juniorska drużyna niemieckiej "Germanii". Z pojedynków z nią młodzi polscy zawodnicy wychodzili zawsze zwycięsko.

Szukając mocniejszych przeciwników, "Mała Venetia" rozegrała tuż przed wybuchem I wojny światowej mecze z drużynami niemieckimi z Ostrzeszowa i Skalmierzyc, oba zresztą zwycięskie. Boisko w Skalmierzycach było położone tak blisko granicy imperiów rosyjskiego i niemieckiego, że rosyjski sołdat patrolujący ją na koniu mógł obserwować przebieg meczu.

Liczba członków "Małej Venetii" wynosiła około 40-tu. Z miesięcznych składek, po 20 fenigów od głowy, kupowano piłki, pompki, buty i inny sprzęt sportowy. W spodenki i koszulki w kolorze białym gracze musieli zaopatrywać się własnym sumptem. Mecze młodych piłkarzy cieszyły się dużym zainteresowaniem ostrowskiego społeczeństwa.

Długo nie trwało

Udana działalność "Venetii" szybko stała się solą w oku władz pruskich i dyrekcji Gimnazjum. Intensywnie szukały one powodów do likwidacji klubu. Znaleziono je w listopadzie 1915 roku. Czterech piłkarzy zagrało w składzie "Ostrovii" w meczu z mistrzem Wrocławia. Nic by się nie wydało, gdyby nie świetna zresztą recenzja w jednej z wrocławskich gazet. Przeczytał ją gimnazjalny katecheta i mleko się wylało. Grono profesorskie, na specjalnej konferencji, uchwaliło po osiem godzin karceru dla nieszczęsnych piłkarzy "Venetii" i natychmiastowe rozwiązanie Gymnasial - Fussball - Club "Venetia". Nowy dyrektor szkoły, profesor Beck, znacznie mniej tolerancyjny od swego poprzednika, nie dał się ubłagać. Jako oficjalny powód rozwiązania klubu podał nie wypełnianie obowiązków wobec niemieckiego państwa przez ukaranych zawodników.

Dla wenecjuszy sytuacja ta była raczej powodem do mobilizacji, niźli bezradnego opuszczenia rąk. Przeszli oni po prostu do pracy konspiracyjnej. Z ustnych relacji wiadomo, że nadal prowadzona była działalność sportowa, dodatkowo wsparta dyskusjami politycznymi. Wojna zbliżała się do nieuchronnego końca i wiadomo było, że dla Niemiec będzie to koniec żałosny. Należało przygotować się do walki o wolną Polskę.

Podczas Wielkiej Wojny.

Pomimo formalnego zakazu działalności, "Venetia" nie zniknęła z powierzchni Ziemi. Co prawda nie zachowały się żadne oficjalne dokumenty, których ze względów bezpieczeństwa nie sporządzano, ale z całą pewnością młodzież gimnazjalna spotykała się nawet w tych najmniej sprzyjających okolicznościach i uprawiała sport. Zachowały się zdjęcia drużyny piłkarskiej z roku 1916, działała "Mała Venetia", odbywając nawet w gmachu Gimnazjum nielegalne zebranie wyborcze!

Siłą rzeczy jednak działalność sportowa zamierała. Kolejne roczniki powoływane były do potrzebującej coraz więcej "armatniego mięsa" niemieckiej armii. Wkrótce gimnazjalni sportowcy rozrzuceni zostali po całym cesarskim imperium służąc w pruskiej armii, przebywając w obozach lub ukrywając się przed powołaniem do wojska.

Kiedy nadszedł listopad 1918 roku i rozpoczęła historia "Republiki Ostrowskiej", a później Powstanie Wielkopolskie, nie mogło w wydarzeniach tych zabraknąć członków "Venetii". Wszyscy byli wszak członkami Towarzystwa im. Tomasza Zana, a ono prowadziło przecież tajne szkolenie wojskowe. W zagajniku pod Wysockiem i w laskach na Piaskach ćwiczono musztrę polową, prowadzono naukę o broni, podglądano ćwiczących na Majdanie niemieckich rekrutów. W zorganizowanych w dniach "Republiki Ostrowskiej" drużynach gońców byli wenecjusze. Kiedy zaś "Republika" zakończyła swój krótki, ale chwalebny żywot, młodszych uczestników owych drużyn rozpuszczono do domów, starszym polecono zaś udać się do Szczypiorna, gdzie formowano oddziały wojskowe, walczące później w Powstaniu.

Jak Feniks z popiołów - lata dwudzieste.

Zakończyła się I wojna światowa, zakończyła się wojna bolszewicka. W kwietniu 1921 na Majdanie spotkała się grupka gimnazjalistów i postanowiła co prędzej wznowić oficjalną działalność "Venetii". Jak postanowiono, tak i zrobiono, a okres do początku lat trzydziestych określano później "złotymi latami" w historii klubu.

Tradycyjnie już wielkie sukcesy odnosili piłkarze. Wkrótce stali się postrachem całej południowej Wielkopolski i nie tylko. Chlebem codziennym stały się dwucyfrowe zwycięstwa nad innymi drużynami szkolnymi, sukcesy w meczach zespołami reprezentacyjnymi sąsiednich miast, jednostek wojskowych, wyrównane boje z takimi krajowymi potentatami, jak poznańskie Warta i AZS.

W roku 1921 zawiązano sekcję tenisową. Wprawdzie sport ten uprawiano w Gimnazjum już znacznie wcześniej, ale od tego momentu tenisiści oficjalnie pojawili się na sportowych arenach Wielkopolski. Bardzo szybko zaczęli odnosić duże sukcesy, sekcja błyskawicznie rosła w siłę, a biały sport zaczął się cieszyć wielką popularnością wśród ostrowian. Organizowane przez "Venetię" turnieje o mistrzostwo Ostrowa przekształciły się w mistrzostwa całej południowej Wielkopolski. Pod koniec lat 20. tenisiści gimnazjalnego klubu należeli do najlepszych w województwie. Nadmiar dobrych zawodników spowodował nawet pewne nieporozumienia w sekcji i część z tenisistów zorganizowała konkurencyjną pod szyldem "Ostrovii". Tym razem wyjątkowo spory wyszły wszystkim na zdrowie, przyczyniając się do dynamicznego rozwoju tej dyscypliny sportu w regionie.

Jeszcze większą, chociaż krótkotrwałą, karierę zrobili hokeiści na trawie. Sekcja ta zawiązała się w roku 1925, ale i tak była jedną z najstarszych w Polsce. Pierwsza drużyna hokeistów w Polsce powstała bowiem w Poznaniu, przy klubie łyżwiarskim, w roku 1921. Nieco później zawiązały się kolejne : w Siemianowicach, Grudziądzu, na Pomorzu, w Warszawie.

Sekcja hokeja na trawie w "Venetii" była więc jedną z pionierskich, jej założenie wyprzedziło nawet powstanie Polskiego Związku Hokeja na Trawie (1926).

Sukcesy i to ogólnopolskie przyszły nadspodziewanie szybko. Po roku treningu drużyna "Venetii" zdobyła V miejsce na mistrzostwach Polski! Potem były jeszcze dwa miejsca czwarte, a w roku 1929 nawet trzecie!

Wielu wenecjuszy grało później z wielkimi sukcesami w poznańskim AZS-ie, a Czesław Wiesner był bramkarzem reprezentacji Polski!

W "Venetii" działały również, z różnymi zresztą efektami, sekcje: lekkoatletyczna, pływacka, turystyczna, łyżwiarska, kajakarska, ciężarowa, bokserska, szermiercza, hokeja na lodzie, ping ponga. Każdy chętny do uprawiania sportu mógł więc znaleźć coś dla siebie!

To w początkach lat dwudziestych sukcesy zaczęli odnosić koszykarze. Dyscyplina ta na bardzo wiele lat była znakiem firmowym "Venetii". Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych stało się nawet i tak, że z nadmiaru dobrych zawodników, z których nie wszyscy potrafili "dopchać" się do reprezentacji, powstała filia sekcji koszykarskiej o nazwie "Urania". Występowała w innych, niż "Venetia" barwach i była klubem cokolwiek tajnym. Ciekawa jest historia jej nazwy. Uczniowie zdobyli gdzieś oryginalną, trójkątna pieczątkę niemieckiego związku rzeźnickiego z napisem "Fleisch Verband Urania". Po wydrapaniu scyzorykiem dwóch pierwszych wyrazów pozostała więc "Urania", nazwa dobra, jak każda inna.

Nie miała ona długiego żywota, ale wiele uczyniła dla propagowania koszykówki na terenie całej Wielkopolski.

Bardzo wysoko cenione były sukcesy organizacyjne "Venetii". Przecież bez żadnych dotacji z zewnątrz, tylko dzięki poświęceniu i uporowi swoich młodych działaczy, była ona klubem żywotnym i dynamicznym, wręcz wzorem dla innych. Nic też dziwnego, że nowo powstające kluby szkolne z całej Polskie zwracały się do działaczy "Venetii" o pomoc w rozwiązywaniu piętrzących się przed nowicjuszami problemów. I pomoc tą zawsze otrzymywały!

Lata trzydzieste.

Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku dość radykalnie zmieniły się ogólnopolskie przepisy, regulujące życie sportowe w szkołach. Mówiąc wprost, uczniom zabroniono występów w klubach pozaszkolnych, ba, nawet rozgrywania spotkań z nimi. Ponadto w roku 1933 weszła w życie reforma szkolnictwa, w wyniku której powstawały czteroklasowe gimnazja i dwuklasowe licea. Tym samym skracał się okres pobytu uczniów w szkole, a przy okazji ich możliwości konkurowania ze znacznie starszymi zawodnikami z klubów zewnętrznych.

Życie sportowe, wedle władz oświatowych, miało się koncentrować na współzawodnictwie międzyszkolnym. Nie wszystkim uczniom to odpowiadało. Zwłaszcza najlepsi sportowcy szukali sposobów obejścia tego surowego prawa, co w przypadku dekonspiracji kończyło się dość surowymi karami dyscyplinarnymi.

W roku 1939 ówczesny prezes "Venetii" nie zdążył już przekazać funkcji swojemu następcy. Niemiecka okupacja przerwała działalność klubu do roku 1945. Zakończył się czas walki na boiskach, kortach, bieżniach. Na Majdanie okupant założył obóz koncentracyjny. Nadszedł czas walki o przetrwanie.

Po Wielkiej Wojnie.

Kiedy tylko w styczniu 1945 roku wypędzono Niemców z Ostrowa, natychmiast przystąpiono do reaktywacji Gimnazjum. Ponieważ rodzimy gmach zajęty był przez szpital wojskowy, zapisy i pierwsze zajęcia prowadzono w gościnnym budynku Liceum Żeńskiego. Szybko udało się załatwić u władz wojskowych ewakuację lazaretu i 23 lutego rozpoczęto rok szkolny już we własnej siedzibie. Tempo nauki musiało i było zawrotne. Do połowy lipca uczniowie przerobili po jednej klasie, ci najbardziej zapóźnieni w nauce przez wojnę mogli w trybie przyspieszonym zaliczyć w ciągu jednego roku kalendarzowego nawet trzy klasy!

Na początku marca 1946 roku reaktywowała się "Venetia". Zaczęli piłkarze i siatkarze, a początki, ze względu na wojenne straty osobowe, były dość skromne. Wielkim problemem finansowym okazał się być zakup klubowych strojów.

Powoli ruszały kolejne sekcje: tenisowa, piłki ręcznej jedenastoosobowej, koszykówki, pływacka.

Kłopotów nie brakowało. Boiska były w opłakanym stanie, nie było prawie żadnego sprzętu sportowego, a zdobycie odpowiednich butów graniczyło z cudem. Przy niezwykle napiętym programie nauki trudno było wygospodarować czas na systematyczne treningi. Na domiar złego czerwonoarmiści na pożegnanie się z Ostrowem spalili gimnazjalną salę sportową, a nie dało się zimą trenować na dworze. Do niezniszczonej sali w Liceum Żeńskim ustawiały się długie kolejki chętnych.

Jeżeli chodzi o sprzęt, to stan posiadania był po prostu żałosny. Była jedna byle jaka piłka i kilka par używanych rękawic bokserskich. Wielkim sukcesem była zamiana tych ostatnich na piłkę do siatkówki, siatkę, piłkę do "nogi" i pompkę do ich pompowania.

Przed zakończeniem roku szkolnego 47/48, z okazji 40-lecia "Venetii", zorganizowano pierwsze po wojnie w Ostrowie międzyszkolne zawody sportowe. Prym na nich wiodła lekkoatletyka, wiele lat później najlepiej rozwinięta dyscyplina sportu w "Venetii".

Drużyny gimnazjalne brały udział w regularnych rozgrywkach we wszystkich grach zespołowych. Do początków lat 50-tych często walczyły one z klubami otwartymi, później, po powołaniu w całej Polsce Szkolnych Klubów Sportowych, rywalizacja ograniczała się właściwie do kręgów ściśle uczniowskich.

Stopniowo największe sukcesy w klubie zaczęli odnosić koszykarze. Zawodnicy mieli otwartą drogę do dalszego sportowego awansu - w mieście była przecież "Ostrovia", grająca chwilami nawet w pierwszej lidze ogólnopolskiej, zaś ówczesny dyrektor szkoły - Franciszek Kowalski przymykał oko na grę wenecjuszy w innych klubach.

Nie wszystko jednak toczyło się jak po maśle. Znakiem czasów był z pewnością incydent, który wydarzył się po jednym z meczów w Odolanowie. Konfidentka UB podsłuchała gorącą rozmowę miedzy kibicami, a rezultatem jej donosu było skazanie dwóch licealistów- ostrowian na kilkuletnie kary więzienia!

Wprowadzana od początków lat 50-tych reforma szkolnictwa, polegająca na zastąpieniu czteroklasowego gimnazjum i dwuklasowego liceum, czteroletnim liceum skróciła pobyt uczniów w szkole średniej.

Opiekunami klubów szkolnych z klucza wyznaczano nauczycieli wychowania fizycznego. Ci, zgodnie z zasadą "bliższa ciału koszula", koncentrowali się na swoich lekcjach, mniej na działalności klubowej. Nie wpływało wszystko to pozytywnie na rozwój "Venetii". Najlepiej przetrwać potrafili chyba koszykarze, którzy na stałe wywalczyli miejsce w czołówce klubów szkolnych Wielkopolski.

Pięćdziesiąt lat minęło.

W roku 1958 "Venetii" stuknęła pięćdziesiątka. Wprawdzie starano się obchodzić każdy klubowy jubileusz, ale ten miał być z oczywistych powodów szczególnie uroczysty. Patronat nad nim objął prof. Henryk Jabłoński, wówczas poseł i sekretarz Polskiej Akademii Nauk, a później nawet Przewodniczący Rady Państwa. Głównym punktem obchodów było odsłonięcie na Wenecji pamiątkowego kamienia upamiętniającego powstanie klubu. W hallu szkoły zawisły tablice z nazwiskami poległych i zamordowanych wychowanków, odnowiono grób założyciela Gimnazjum - ks.Jana Kompałły na Starym Cmentarzu. Nie zabrakło oczywiście zawodów sportowych.

Informacje o Jubileuszu ukazały się w prasie lokalnej i ogólnopolskiej.

Dzięki zaangażowaniu generała Kazimierza Glabisza skromne uroczystości odbyły się również w polonijnym klubie w Londynie. Generał wypowiedział wówczas prorocze słowa: "Byłem na 25-leciu istnienia "Venetii", biorę udział w jej 50-leciu. Jej 100-letniej rocznicy już nie doczekam. Wierzę natomiast, że ona się doczeka i to w warunkach całkiem innych niż obecne".

Bez sal i boisk grać się nie da.

Warunkiem koniecznym i niezbędnym uprawiania sportu na jako takim poziomie było posiadanie skromnego choćby zaplecza. Nie sposób na początku nie wspomnieć o ogromnej roli, jaką w rozwoju ostrowskiego sportu odegrał legendarny już Majdan, teren przy obecnej ulicy Kościuszki. To na tym wielkim placu odbywano pierwsze treningi, rozgrywano mecze w wielu dyscyplinach sportowych, kształtowano charaktery. Wspomniałem już o spaleniu w roku 1945 dawnej gimnazjalnej sali gimnastycznej. Powstała ona jeszcze pod koniec XIX wieku, miała wymiary 25 x 14 metrów i była kopią sali poznańskiego Gimnazjum Królewskiego. Jak na swoje czasy była obiektem całkiem nowoczesnym, zwłaszcza po dobudowaniu w roku 1925 nowych sanitariatów. Ścianą wschodnią dotykała ona granicy ogrodów proboszczowskich, co wiele lat później miało się odbić niezłą czkawką.

Podczas II wojny przechodziła losy równie burzliwe, jak sam główny gmach szkolny. Dość powiedzieć, że na sam koniec stała się magazynem, m.in. zboża. A ponieważ gospodarka wojenna Armii Czerwonej polegała także na grabieniu wszystkiego, co się zagrabić dało, w celu ukrycia nadużyć przy odchodzeniu z Ostrowa, krasnoarmiejcy salę z pełnym sukcesem podpalili. Ponieważ odbudowywać nie było co, ruiny rozebrano, głównie zresztą siłami uczniów. Na lekcje wychowania fizycznego wykorzystywano później szkolny korytarz, podwórze, stadion Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego (obecny Stadion Miejski), stadion za parowozownią, salę w Gimnazjum Żeńskim. Na początku 1949 roku jednostka wojskowa udostępniła miastu dawną ujeżdżalnię koni przy ulicy Ułańskiej, obecnie Wojska Polskiego. To, co z niej pozostało straszy obecnie przejeżdżających przez Ostrów.

Duża gabarytowo, ale niezwykle prymitywna hala służyła wszystkim klubom ostrowskim i dla wenecjuszy niewiele pozostawało w niej czasu na treningi . O krytej pływalni można było tylko pomarzyć, najlepsi pływacy jeździli od czasu do czasu, zwłaszcza zimą, na pływalnię przy Wronieckiej w Poznaniu.

W latach 1948 - 1951 wybudowano salę sportową o wymiarach 14 x 25 metrów i możliwości uprawiania sportu niebywale się poprawiły. Jakby tradycyjnie znowu stała ona na granicy sąsiedniej posesji. Najwyraźniej podczas jej budowy popełniono jakieś błędy wykonawcze, bo po dwudziestu latach zaczęły pękać mury. O pomoc przy zdobywaniu pieniędzy na budowę nowej sali sportowej zwrócono się do wdowy po ówczesnym patronie szkoły, Zofii Zawadzkiej. Pomogło i w roku 1973 prace ruszyły. Rozpoczęto od rozbiórki starej sali i nieoczekiwanie na tym się skończyło. Plany przewidywały postawienie nowej hali na granicy z posesją należącą do parafii św. Stanisława. Ówczesny jej proboszcz, ksiądz Stanisław Matuszczak, absolwent Gimnazjum zresztą, okazał się być precyzyjnym interpretatorem prawa budowlanego i zaprotestował. Ponieważ miał oczywistą rację, bo budowla musiała stanąć przynajmniej trzy metry od granicy, sprawę wygrał i szkoła na długo pozostała bez zarówno starej, jak i nowej sali gimnastycznej! A kiedy po reformie administracyjnej w roku 1975 powstało województwo kaliskie i co za tym idzie także kaliskie Kuratorium Oświaty, okazało się ono zbyt słabe na przejęcie pieniędzy przeznaczonych na budowę! Marzenia o sali gimnastycznej z porządnego zdarzenia należało odłożyć na wiele lat na półkę.

W roku 1980 wmurowano kamień węgielny pod jej budowę. Pospolite ruszenie przedstawicieli szkoły, komitetu rodzicielskiego i zakładów pracy z całego Ostrowa, uczniów, ich rodziców, absolwentów, nauczycieli doprowadziło rzecz do szczęśliwego końca .W roku 1985 jedną z większych wówczas szkolnych sal gimnastycznych oddano do użytku! Od 1998 roku nosi ona imię generała Kazimierza Glabisza.

Ne sposób nie wspomnieć raz jeszcze o Majdanie, kolebce całego ruchu sportowego Ostrowa. Po wojnie i po likwidacji pozostałości niemieckiego obozu pracy ponownie zatętnił on sportowym gwarem, ale trwało to bardzo krótko. Wkrótce rozpoczęto na nim budowę dużego osiedla mieszkaniowego. Rozwój miasta ma oczywiście swoje prawa, ale władze ówczesne mogły przecież przy odrobinie dobrej woli zrekompensować szkole tę stratę i dać inny teren z przeznaczeniem na uprawianie sportu.

Przeciętność i nieprzeciętność.

W roku 1959 największy w swojej historii sukces odnieśli gimnazjalni koszykarze. W Zielonej Górze zdobyli mianowicie brązowy medal Mistrzostw Polski Młodzików. Złoty był w ich oczywistym zasięgu, zawiniło niedoświadczenie i nonszalancja ze strony opiekunów. W latach późniejszych koszykówka stanowiła właśnie o sile "Venetii", której sportowe losy toczyły się bardzo różnie. O tym, że nie zawsze najciekawiej, świadczy choćby fakt nikłej ilości zachowanych do dzisiaj dokumentów.

Stopniowo coraz więcej dobrego zaczęło się dziać w sekcji lekkoatletycznej. Jej wychowankowie czynili systematyczne postępy, zdobywali medalowe i punktowane miejsca w mistrzostwach Polski w różnych kategoriach wiekowych, bili rekordy kraju, startowali w Mistrzostwach Świata!

Powiedzieć trzeba, że w ostatnich latach zatarła się właściwie różnica pomiędzy sportem typowo szkolnym a klubem "Venetia". Przyczyn takiego stanu było wiele i długo by je wymieniać. Należy mieć nadzieję, że przygotowywane z wielkim rozmachem uroczystości 100-lecia powstania klubu pozwolą na przypomnienie szerokim kręgom społeczeństwa Ostrowa i całej Polski o jego wielkiej roli. I to nie tylko roli sportowej, ale i patriotycznej, kulturowej, wręcz cywilizacyjnej. A przypominać jest z całą pewnością o czym.